Bonifacego Miązka koneckie lata szkolne. W 1. rocznicę śmierci

                            „Świat się przed nami otwierał…”

Autor zamieszczonego poniżej tekstu, znający księdza infułata Bonifacego Miązka przez okres 30 lat, miał okazję do wielu spotkań i rozmów, zarówno w Wiedniu i potem w Breitenfurt, jak i w Polsce, nie tylko w Końskich, ale także w Łodzi, Wrocławiu czy Kielcach. Rezultatem tej znajomości jest m.in. długi, wielostronicowy wywiad przeprowadzony na kilka lat przed śmiercią (17.10.2018) Bonifacego Miązka, który przynosi sugestywny i prawdziwy obraz z życia koneckiego ucznia lat 1950-1954.

[ Wywiad, 2012 – Wiedeń]  f r a g m e n ty

[…] Wtedy, (a był to rok 1950), gdy kończyło się siódmą klasę, należało pomyśleć co dalej. Ojciec doradzał „przemysłówkę” (przemysłowa szkoła zawodowa), bo „będziesz miał fach w ręku”. Do mnie należało wybrać ten fach. Ale samochody, ani inne maszyny mnie nie interesowały. Więc znowu pan Bańkowski [kierownik szkoły podstawowej w Ruskim Brodzie – przyp. KAK] i babcia. Pan Bańkowski radził liceum pedagogiczne: „Tam masz podstawową maturę, droga otwarta na świat.” Tylko ten świat jest odległy i w kalkulacji rodziców prawie niemożliwy. Musiałbym przecież zamieszkać na stancji, a stancje drogie. Nie stać nas. Któregoś wtorku babcia pojechała na targ do Końskich. Poszła do brata Jana Szóstki. Janek, a mój wujek, był wtedy zawiadowcą stacji kolejowej w Końskich. Babcia przedstawiła dylemat. Wujek postanowił działać. Poszedł do Państwowego Liceum Pedagogicznego, porozmawiał z dyrektorem. Dyrektor obiecał sprawę poprzeć, czyli przyjąć mnie do internatu, a nawet, jeśli tylko będę miał dobre wyniki w nauce – mógłbym dostać stypendium.

A więc tutaj rozpoczyna się nauka w koneckim liceum, ten ważny etap w karierze przyszłego profesora?

Słusznie. Tak więc, dzięki babci, panu Bańkowskiemu, dzięki wujkowi mogłem uczyć się dalej. Liceum Pedagogiczne w Końskich wspominam z wielką sympatią. To prawda, byliśmy przygotowywani na „świeckich” nauczycieli, mieliśmy być nosicielami zwycięskiego socjalizmu, kadrą budowniczych „lepszego jutra”, inżynierami dusz. Od tego rodzaju plakatowych haseł był instruktor Związku Młodzieży Polskiej, który czuwał nad ideologicznym poziomem licealistów, organizował zebrania, liczne pochody, jak również obchody socjalistycznych świąt  i socjalistycznych „świętych”. Instruktor miał więc bardzo ważną funkcję wychowawczą. Był to zazwyczaj członek partii, brał udział w posiedzeniach rady pedagogicznej, ciszej już informował  o ideologicznym profilu któregoś z profesorów. Był batem nie tylko dla uczniów. Lecz aż nadto dobrze wiedziano w powiatowym komitecie partii, jak i w analogicznych instytucjach wojewódzkich, że ten ideologiczny posiew przynosi opłakane plony. Tak było przecież w całej Polsce, nie tylko w Końskich.

A jak to wyglądało wówczas w szkole Księdza Profesora?

Kiedy rozmawiamy, przypomina mi się pewne zdarzenie. W związku z głośnym  w latach 50.”procesem” ks. biskupa Kaczmarka, do naszego liceum przyjechał jakiś prelegent. Jego wystąpienie było patetyczno – oskarżycielskie przeciwko Kościołowi, „ostoi wszelkiej ciemnoty i zacofania”. Mówił długo i co kilka zdań padało słowo „Watrykan”. „Watrykan był przedłużonym ramieniem imperializmu amerykańskiego na Polskę. Watrykan i papież Pius XII wysługiwali się światowemu kapitalizmowi, biskup Kaczmarek był szpiegiem Watrykanu.” Obszerna świetlica liceum – służąca za jadalnię dla młodzieży mieszkającej w internacie była pełna. „Masówka” odbywała się przecież w czasie zajęć przedpołudniowych, była niezapowiedziana, aby nikomu nie przyszło do głowy „zachorować”. Siedzieliśmy sztywni, niektórzy coś notowali.

Po płomiennym przemówieniu prelegenta powinien nastąpić spontaniczny akt potępienia biskupa, polegający na wystąpieniu kilku aktywistów ZMP, prawie zawsze tych samych, znanych już ogółowi z rytuału podejmowanych zobowiązań okolicznościowych. Wtedy wstał Sławek Wójcik, jeżeli dobrze pamiętam, pochodził z Bliżyna, wysoki, szczupły chłopiec, dobrze grał w siatkówkę, zdolny, zawsze skłonny do żartów. O Boże, pomyślałem, Sławek, i ten dał się nakręcić? Jeszcze dziś słyszę jego chłopięcy baryton: „Towarzyszu, gdzie uczyliście się geografii? Watrykanu nie ma na mapie. Czy przypadkiem nie chodzi wam o „Watykan?” I nawet teraz jeszcze, kiedy wspominam o tym, słyszę wybuch zwycięskiego śmiechu zgromadzonej tam młodzieży, a w niektórych twarzach profesorów widzę z trudem maskowany uśmiech. Byli z nas dumni.

Człowiekiem niezależnym  i odważnym był z pewnością prof. Henryk Głuch, pochodził z Radomia, spokojny i po ojcowsku cierpliwy, każdej niedzieli widzieliśmy go z żoną w kościele parafialnym (wtedy w Końskich był tylko jeden kościół pod wezwaniem św. Mikołaja), jego lekcje fizyki były dla nas prawdziwą przygodą. Nie wyobrażałem sobie nigdy, że lekcje fizyki mogą być takie zajmujące. Potrafił nimi zarazić.

Nieraz mówił Ksiądz Profesor z wielkim uznaniem i wdzięcznością o nauczycielce polskiego, która – kto wie – może wpłynęła na zainteresowania przyszłego profesora slawisty?

Dobrze, że Pan Profesor wspomniał o tej ważnej dla mnie postaci. Z moich ulubionych nauczycieli muszę właśnie wymienić panią prof. Annę Pobochową, polonistkę, żonę naszego dyrektora liceum Piotra Pobochy. Ona potrafiła zainteresować historią literatury i jakoś po ludzku ożywić wielkie portrety pisarzy polskich. Jej zawdzięczam nałóg czytania. Chyba w trzeciej klasie liceum zrobiła mnie bibliotekarzem, mogłem w godzinach nocnych czytać, co chciałem (mieszkałem w internacie, blisko podłużnego parterowego gmachu liceum, gdzie mieliśmy zajęcia), mogłem poszerzać moją wiedzę o autorów, jakich nie było w naszych podręcznikach, jak np Lechonia lub Wierzyńskiego. O Wierzyńskim znacznie później miałem napisać pracę doktorską  w odległym Wiedniu. Pani profesor była nie tylko nauczycielem. Była czymś więcej – była nam matką. Na lekcjach wychowawczych uczyła nas kultury i zachowania się w towarzystwie, kultury prowadzenia dyskusji, kultury zachowania się przy stole. Pamiętam, kilka razy mieliśmy lekcje poglądowe w stołówce naszego internatu jak należy przygotować stół dla zaproszonych gości, jak nakładać potrawy z półmiska na talerz i jak prowadzić konwersację przy stole. Dziś tego rodzaju lekcje wydają się czymś zbędnym, wtedy jednak dla wielu z nas pochodzących ze wsi były naprawdę potrzebne. Opadały z nas kompleksy. Stawaliśmy się ludźmi umiejącymi przystosować się do każdego środowiska. Przygotowywani polonistycznie byliśmy przede wszystkim na lekcjach języka polskiego. Pani profesor Pobochowa miała dużą wiedzę zarówno z historii literatury, jak i nauki o języku, którą umiejętnie łączyła z szerokim oczytaniem. Swoją erudycją budziła szacunek, a nawet nieukrywany respekt.

Miała też w sobie jakieś wewnętrzne ciepło, coś matczynego skierowanego na ucznia. Interesowała się naszymi postępami w nauce, zwracała uwagę na zewnętrzny wygląd ucznia. Chwaliła ładnie zawiązany krawat, wyprasowane spodnie, zadbaną fryzurę tak samo życzliwie, jak jakiś świeży i udany fragment z domowego wypracowania. No, niezupełnie. Zwykle „te udane fragmenty” pani profesor sama czytała wobec całej klasy, a to już była polonistyczna nobilitacja. Budziła w nas ambicję, szacunek dla samych siebie, dla pracy, dla uczciwości.”

* * *

Czytając wspomnienia wypowiedziane po wielu latach przez wybitnego kapłana, uczonego  i poetę o międzynarodowej sławie, nie sposób oprzeć się refleksji, że okres spędzony w koneckim liceum uformował jego charakter, przygotował do równie niełatwego życia, które czekało go podczas wielu lat emigracji.

I jeszcze jedna wypowiedź Bonifacego Miązka„Światopogląd marksistowski wbijany

w nas przemocą miał jednak to do siebie, że rozwijaliśmy się szybciej. Stawaliśmy się krytyczni, dostrzegając zakłamanie, obłudę i cynizm rządzących. Im wyraźniej stosowano pedagogikę bata, tym bardziej rosła w nas niewiara w socjalistyczne rajskie obietnice. Rosły również – już mniej pozytywne – cechy ostrożności, jakiegoś przyzwyczajania się. Kto nie przestrzegał narzuconych nam reguł gry – miał kłopoty. Niekiedy kończyło się to jeszcze gorzej, łącznie z usunięciem ze szkoły.”

Uroczyste rozdanie świadectw maturalnych Państwowego Liceum Pedagogicznego dla klas

IV A i B odbyło się 25 czerwca 1954 roku. Młodzież „rozeszła się” w różne strony.

Bonifacy Miązek: ” na drugi dzień ( tzn. 26 czerwca 1954 – przyp. KAK) po uzyskaniu świadectwa maturalnego, jechałem pociągiem do Sandomierza, aby złożyć podanie o przyjęcie mnie na studia teologiczne do Wyższego Seminarium Duchownego.” I na tym kończy się konecki etap szkolny w życiu ks. infułata Bonifacego Miązka. O tych latach mówił zawsze:

” …wspominam nasze liceum dobrze i wspominam często […] (wiedziałem), że czeka mnie inny świat, inne życie i inni ludzie. Byliśmy młodzi, świat się dopiero przed nami otwierał.”

* * *

Jak wiadomo, kontynuatorem działalności Państwowego Liceum Pedagogicznego jest II LO im. M. Skłodowskiej – Curie. Bonifacy Miązek utrzymywał ze swoją szkołą przez szereg lat serdeczny kontakt, na tyle, na ile pozwalał wieloletni pobyt na emigracji w Austrii, a także – pod koniec życia – pogarszający się stan zdrowia. Brał, m.in. udział w zjazdach absolwentów Liceum, uczestniczył w pamiątkowych publikacjach. II Liceum zawsze pamiętało o swoim wielkim wychowanku, np. na 70-lecie urodzin Księdza infułata w 2005 roku uczniowie szkoły (pod kierunkiem ówczesnej wicedyrektor Krystyny Okoń oraz nauczycielek: Elżbiety Dudy i Barbary Styś) przygotowali wspaniały koncert, prezentując wiersze Bonifacego Miązka z podkładem muzycznym. Jubilat przez długi czas ze wzruszeniem wspominał tę uroczystość.

Kiedy 26 października 2018 roku odbywała się w kościele p.w. św. Teresy w Ruskim Brodzie Msza św. żałobna po śmierci Księdza Profesora, koncelebrowana przez 3 biskupów i przy udziale ponad 100 księży oraz ogromnej, niemieszczącej się w świątyni rzeszy wiernych, zwracał uwagę poczet sztandarowy uczniów II LO z Końskich, który towarzyszył następnie konduktowi żałobnemu aż do miejsca pochówku na parafialnym cmentarzu.

Dawna szkoła Bonifacego Miązka, do której zawsze, przez lata, powracał serdeczną myślą, oddała ostatni hołd swojemu wielkiemu wychowankowi.                  KRZYSZTOF A. KUCZYŃSKI (Łódź)

Początek lat 60.XX wieku. Ksiądz Józef Granat – katecheta szkolny Bonifacego. Obok Zbigniew Herudziński

25.04.1952 r. 17-letni Boniek Miązek z kolegami na lekcji wychowania fizycznego ( stoi piąty z lewej)

Dodaj komentarz

Wiadomości

Najnowsze komentarze

Galerie

Najbardziej popularne

Wiadomości

Wszystkie placówki oświatowe, a w tym również przedszkola, przygotowały i przedstawiły programy o Dniu Niepodległości z patriotycznym wydźwiękiem i przekazem. Oglądaliśmy program artystyczny poświęcony...

Ostatnio dodane

Najnowsze komentarze