Reklama

Może to mój ostatni list… Historia rodziny Peców zapisana w wojennych dokumentach

Na pożółkłym papierze wciąż widać staranne pismo. „Może to mój ostatni list…” – napisał 8 marca 1940 roku Tadeusz Pec, polski żołnierz we Francji. Nie wiedział jeszcze, że kilka miesięcy później zginie w Norwegii podczas walk o Narwik. Nie wiedział też, że jego rodzinę na Wołyniu spotka tragedia.

Dziś po tej historii prowadzi Karol Pec, syn Jana i bratanek Tadeusza. To on zebrał rodzinne dokumenty, listy, fotografie i wspomnienia. - Te kartki papieru to właściwie jedyne słowa, jakie zostały po żołnierzu - kapralu Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich.

Listy z Francji

Przed Karolem Pecem, emerytowanym nauczycielem z Piotrkowa Trybunalskiego, na stole leżą stare dokumenty i koperty. Papier jest pożółkły, miejscami kruchy.

- Kiedy rodzina dowiedziała się o jego śmierci? - Odpowiedź przyszła dopiero po latach,
z Francji.

Reklama

List Zygmunta Bielińskiego do Jana Peca

Szanowny Panie Pec

Po otrzymaniu listu od Sekcji Radia Polskiego z Paryża, w sprawie ogłoszenia, które wysłałem (w sprawie poszukiwania rodziny Tadeusza Peca), spieszę napisać Panu kilka słów i podać panu smutną nowinę. A może Pan już wie, że Jego brat Tadeusz nie żyje. Jest mi bardzo przykro, że ja muszę o tym zawiadomić. Biedak, Pana brat prosił mnie, ażeby w razie jego śmierci powiadomić jego rodzinę. Brat Pana był u nas w roku 1940 w Wielkanoc na urlopie. Był z moim bratem razem w wojsku. I zginął na oczach mojego brata w Norwegii w 1940 roku. Niestety, brat mój też zginął w 1945 roku w Holandii. Brat Pana, jak był u nas na urlopie, to zostawił listy, które Panu wysyłam.
Zaznaczam, że poszukiwałem rodzinę Peców i pisałem do rodziców Pana, ale niestety do dziś dnia nie mam żadnej wiadomości. To dlatego podałem do radia, bo chciałem spełnić prośbę zmarłego.

Reklama

Pozostaję z poważaniem
Bieliński Zygmunt.

Se Plessis – Belleville (Gise) France

Adresat:
Wielmożny Pan Jan Pec
kolonia Gustawów, poczta Mokrzesz, gmina Werba, powiat Włodzimierz, WOŁYŃ, POLSKA


- Mój stryj, Tadeusz Pec, listy napisał we Francji w 1940 roku. Był żołnierzem-tułaczem, który po 17 września 1939 roku opuścił Wołyń, aby dalej walczyć za Polskę. Te listy to właściwie pożegnanie... - mówi ściszając głos. I rzeczywiście. W słowach młodego żołnierza słychać tęsknotę, niepokój i przeczucie losu.

Reklama

List do rodziców

Francja, 8 marca 1940 roku

Kochani rodzice.

Spotkał nas taki los, jakiego nie spodziewaliśmy się. Jestem tam, gdzie przed rokiem 1920 był Tato w wojsku, to jest we Francji. Nigdy nie spodziewałem się znaleźć w takiej sytuacji, w jakie obecnie się znajduję. W krótkich słowach opiszę, w jaki sposób znalazłem się we Francji.
Z chwilą wybuchu wojny nie byłem zmobilizowany, przebywałem w domu, ale szykowałem się, by w każdej chwili pójść do wojska. Jeszcze wszystką ziemię wyprawiłem pod siew, zboża złożyłem w sterty (a miałem bardzo ładne zbiory: około 5 metrów słonecznika, 20 metrów kukurydzy, ponad 20 metrów żyta i około 50 metrów pszenicy). Dopiero w tym roku podreperowałbym się /finansowo/.
Ale co tam opowiadać i dodawać sobie jeszcze więcej goryczy – już postawiłem krzyżyk na tym, bo to głupstwo. Co mnie najbardziej martwi, to zdrowie Wasze, Kochani Rodzice i czy Was jeszcze kiedyś zobaczę, czy choć Pan Bóg pozwoli….

Reklama

Moją biedną żonę Stasię pozostawiłem w domu i to w bardzo krytycznym położeniu. Otóż 13 września porodziła syna, który poszedł tą samą drogą, jak i pierwszy /zmarł podczas porodu/. Komplikacje ze Stachą przy porodzie były prawie takie same, jak przy pierwszym dziecku…..Ale pomimo wszystkiego, w przeciągu tygodnia dość dobrze się poczuła, ale jeszcze potrzeba było doktora. I bardzo mnie to martwi, że pozostawiłem Ją w łóżku chorą i nie będzie mogła sobie rady dać. Obawiam się, że z chwilą rozstania mogło Jej się pogorszyć. Choć matka i Jej służąca pozostały przy Niej, to mam to na sumieniu, że pozostawiłem Ją chorą prawie samotną, bo prawie wszyscy mieszkańcy kolonii uciekli do Rumunii.
Pozostała tylko moja Stacha z matką i teść jednego kapitana, mojego sąsiada. I jeszcze martwi mnie to, żeby Ukraińcy nie rzucili się na pozostawiony bez nadzoru dobytek polskich kolonistów.
A jak by się to stało, to naprawdę nie byłbym w stanie tego opisać.

Było to w niedzielę 17 września.. Wstałem rano, cisza, spokój w około. Przychodzi służąca i mówi, że jakieś samoloty latają po niebie. Wyszedłem przed dom, przyglądałem się, byłem pewien, że to nasze samoloty. Aż tu około godziny dziewiątej wpada do pokoju teść kapitana i mówi, że bolszewicy są już 3 kilometry od nas. Ja wtenczas wskoczyłem na rower i jadę dowiedzieć się na posterunek policji.
A posterunek już od godziny opuszczony droga do wojsk polskich już jest odcięta. W tej sytuacji nie ma innej rady, jak wiać do Rumunii, albo pozostać, licząc na los szczęścia. Myślę sobie: jak pozostanę, mogą Ukraińcy napaść i wtedy będzie gorsza sprawa, bo ja nie dałbym się wziąć żywcem. A jak bym im opór stawiał, to pomściliby się na rodzinie. I niech ich ręka Boska broni, żeby mnie ludność miejscowa zrobiła jakąś krzywdę, bo ja nikomu nigdy żadnej krzywdy nie zrobiłem. Wszystko co miałem, to osiągnąłem własną pracą. Jak nie wystarczyło dnia, to pracowałem i w nocy. A jeżeli zrobili by mi jakąś krzywdę, to jedynie z zazdrości. Ja moim zawistnym sąsiadom zawsze mówiłem: pracuj tak, jak ja, a na pewno będzie ci lepiej niż mnie, bo nie masz do spłacenia rat kredytu.

Reklama

Ale rozpisałem się już za dużo, a piszę ten list, bo może ostatni on będzie….bo teraźniejsza wojna to nie taka, jak była tamta, w której walczył Tato. Bardzo jest mi przykro, że nie mogłem się widzieć z Wami i choć parę słów zamienić, ale mówi się - trudno. Nie raz wspominam Was i bardzo często przychodzi mi do głowy myśl, czy choć wszyscy jesteście żywi i zdrowi i czy Pan Bóg pozwoli nam się zobaczyć?
Co ja bym dał, żebym mógł chociaż jakąś wiadomość od Was mieć. Co u Was się dzieje, czy Stach powrócił z wojny, co z Frankiem, Jasiem, Heniem, Piotrkiem, Bolkiem, Józiem, siostrami Helą, Honorką, Reginką? Czy choć wszyscy żyjecie, czy jesteście zdrowi?

Już kończę swoje pisanie, jak już wspomniałem – może to mój ostatni list.
I może przyjdzie mi polec na obcej ziemi, to chciałbym, żebyście wiedzieli, gdzie moje kości złożyłem, ale żeby choć nie na obcej ziemi.
Żegnam Was Rodzice Kochani i Was Bracia i Siostrzyczki kochane. Całuję Was serdecznie.

Reklama

Wasz syn i brat Tadzik


List do żony

Stasiu Kochana.
I Ty Stachuniuś kochana nie gniewaj się na mnie, że tak Ciebie pozostawiłem i to jeszcze chorobie, co mnie najwięcej martwi. Naprawdę, Ty mnie tego za złe nie weźmiesz, taką mam nadzieję.
Przecież Ty wiesz, że Ojczyzna mnie wołała i takich Jej rąk brakuje. Przyszykowałem Cię do tego, że w razie wojny siedział bezczynnie nie będę. Tylko to naprawdę dziwne, że nie zmobilizowali mnie wcześniej do wojska, choć były trzy pobory, i mogłem być w domu w czasie Twojej choroby. To z pewnością Ty uprosiłaś Pana Boga o tą łaskę, bo ciągle prosiłaś Boga o to abyśmy byli razem na dobre i na złe. Albedo drugie zdarzenie, czy pamiętasz? Było to w sobotę wieczorem, jak mnie zadzwoniło w uchu – mówiłem Ci, żebyś zgadła. Wywróżyłaś sama, że jutro pójdę do wojska. I właśnie jak na nieszczęście musiałem pójść, choć nie prędko dostałem się do polskiego wojska, bo dopiero w Rumunii. Wyjechałem z Bukaresztu 10 grudnia do Jugosławii, potem do Grecji, z portu Ateny do Francji. W Marsylii znalazłem się 3 stycznia 1940 roku. Teraz poszukuję Polskiego Wojska, ale coś bez echa, jeszcze żadnej wiadomości nie mam.

Reklama

A tera to pozostało tylko jedno pytanie – czy jeszcze kiedyś zobaczymy się – jak Ty myślisz?

Stachuniuś kochana. Nie chciałbym na obcej ziemi swych kości złożyć. Tęsknię za Tobą, za domem, za ojczyzną. Naprawdę, dopiero po przekroczeniu granicy każdy z nas żołnierzy – tułaczy poznał, jaka ta Polska jest droga sercu. Na pierwszej Mszy Świętej po opuszczeniu ojczyzny, na ziemi rumuńskiej, nic nie było słuchać, tylko szloch i płacz ludzi zgromadzonych na modlitwie.

W Rumunii, służyłem w wojsku z dowódcą kapitanem Łukawskim.

Reklama

Ten list wysyłam przez mojego kolegę, którego poznałem w Bukareszcie. Po skończonej wojnie, jeżeli ja nie powrócę, to choć może ten list otrzymasz, może z tego listu się dowiesz, gdzie moje kości leżą.
Ale mówi się trudno, jak Pan Bóg da, tak będzie.

Żegnam Cię Stachuniuś moja kochana, całuję Twoje rączęta po niezliczone razy.

Pa – pa – pa. Twój mąż Tadzik.
8 marzec 1940 roku

Pożegnanie

Żegnaj Stasiu ukochana,
Bądź mi zdrowa, zostań z Bogiem,
Polska woła mnie znękana,
Idę, żeby walczyć z wrogiem.

Nie rozpaczaj Stasiu droga,
Żem Cię na czas dłuższy rzucił,
Uproś zwycięstwo u Boga,
A ja zdrów i cały wrócę.

Reklama

Żegnaj Stasiu, Stasiuleńko,
Módl się za mnie, szczęść Ci Boże.
Polska będzie wolną, wielką,
Armia nasza wroga zmoże.

Tadeusz Pec
Marsylia, 3 stycznia 1940 roku.


Rodzina z Wołynia

Karol Pec opowiada dalej. Polska historia jego rodziny zaczyna się w XIX wieku. Rodzina wywodzi się z Niemiec, z Bawarii.

- Protoplasta, mój pradziadek, nazywał się (podobno) Paetz, był wrednym człowiekiem. Jego dzieci wyrzekły się ojca i języka niemieckiego, zmieniły nazwisko na Pec.

Dziadek, Jan Pec (1876 – 29.08.1943), ożenił się z Marianną (z domu Orzechowską). W latach 1914 – 1918 przebywa w Ameryce, dokąd pojechał „za chlebem”. Wraca do Polski w 1919 roku jako żołnierz „Błękitnej Armii” gen. Hallera, bierze udział w wojnie polsko – bolszewickiej. Po wojnie zamieszkał w miejscowości Antonówka koło Hrubieszowa. Za zarobione za granicą pieniądze kupuje ziemię (9 ha) na Wołyniu z parcelacji majątku ziemskiego w miejscowości Mokrzesz, kolonia Gustawów, pow. Włodzimierz Wołyński. Rodzina Peców dobrze się gospodarzy na żyznych ziemiach Wołynia, posiadają jedenaścioro dzieci. Zamordowany bestialsko wraz z najbliższą rodziną 29 sierpnia 1943 roku przez bandytów UPA przy współudziale sąsiadów – ukraińców.

Reklama

Najstarszy syn – Stanisław (1908 – 1950) wraz z żoną Anielą oraz córkami Wacławą i Henryką gospodarzą w tej samej wsi, co rodzice. Stanisław walczy w kampanii wrześniowej, dostaje się do niemieckiej niewoli, wojnę przetrwa w Noubrandenburgu – Stalag 2. Najbliższej rodziny już nie zobaczy - zostały zamordowane 29.08.1943 przez ukraińców).

Drugi syn Franciszek (1910 – 1982), wraz z żoną Konstancją, prowadzą gospodarstwo rolne w sąsiedniej wsi. Tragicznej, sierpniowej nocy pogromu uciekają ze swojego domu z małymi dziećmi – malutką Fryderyką na rękach i kilkuletnim Zbyszkiem., Tracą cały dobytek, ale ratują życie. Po wojnie osiadają we wsi Jarosty koło Piotrkowa Trybunalskiego, przejmując poniemieckie gospodarstwo.

Tadeusz (1912 – 1940) – autor przytoczonego powyżej listu, gospodarzy w Zaleszczykach na roli, którą ojciec otrzymał jako kombatant za zasługi wojenne. Służył przez pewien czas w wojsku w Korpusie Ochrony Pogranicza. Po wybuchu wojny nie zostaje zmobilizowany, ale świadom zagrożenia ze strony sowietów i ukraińców pozostawia rodzinę i gospodarstwo i ewakuuje się 17 września do Rumunii, aby dalej walczyć za ojczyznę. Dalsze losy Tadeusza znamy z listu, który pozostawił. Żona, Stanisława, wraz z matką, zostają wywiezione na Syberię, udaje im się przeżyć, powracają do Polski w 1948 roku. Trudno mi wyobrazić sobie ból i rozterkę stryja Tadeusza – zostać w domu z rodziną, chorą żoną, czy ratować swoje życie z nadzieją, że jego poświęcenie może się przydać ojczyźnie. Każda decyzja była tragiczna. Historia pokazała, że wybrał mniejsze zło. Prawdopodobnie, gdyby pozostał w domu, jego życie zakończyłoby się w lesie katyńskim.

Helena (1920 – 29.08.1943) zamordowana wraz z córką Jadwigą przez ukraińców. Mąż Stanisław Węgrzyn wywieziony do Niemiec na roboty.

Jan, mój ojciec (1921 – 1984) – wywieziony na roboty do Niemiec, pracuje w fabryce lokomotyw. Odmawia podpisania volkslisty, przez co jego życie w obozie pracy staje się nie do zniesienia. Nie widząc szans przetrwania, ucieka z obozu i pod fałszywym nazwiskiem (Markowski) znajduje zatrudnienie w gospodarstwie rolnym, podając się za ocalonego z rozbitego bombardowaniem transportu kolejowego. Życie pod twardym butem niemieckiego bauera było bardzo ciężkie, ale przynajmniej nie groziła mu śmierć z głodu i pobicia. Tam doczekał wyzwolenia przez wojska amerykańskie. (Nawiasem, wrednego bauera spotkała zasłużona kara z rak amerykańskich żołnierzy).

Po zakończeniu wojny decyduje się wstąpić do wojska. Przez rok służy w Polskiej Służbie Wartowniczej we Francji, przy dozorze nad niemieckimi jeńcami wojennymi. Po służbie wojskowej, mając do wyboru wyjazd do Ameryki lub powrót do Polski, wybiera tą drugą opcję – wraca w 1947 roku i po kilku latach „włóczęgi” po kraju osiada w miejscowości Jarosty. Żeni się z miejscową dziewczyną (Barbara 1930 – 2025) i zajmuje poniemieckie gospodarstwo tuż obok swojego brata Franciszka. Pomiędzy nimi znajduje się gospodarstwo Leona i Krystyny Porczyńskich – najbliższej rodziny żony Barbary.

Jan całą swoją karierę zawodową związał z Okręgową Spółdzielnią Mleczarską w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie pracował do 1980 roku, przechodząc różne szczeble awansu zawodowego – od rachmistrza, laboranta, mistrza produkcji, do kierownika warsztatu remontowego. Ciągle podwyższał swoje kwalifikacje zawodowe, kończąc m.in. Zaoczne Technikum Mleczarskie – przez pięć lat jeździł co dwa tygodnie na zjazdy do Warszawy. Codziennie po pracy ślęczał co najmniej dwie godziny nad książkami.

Udzielał się społecznie, pełniąc przez wiele lat funkcje w Zarządzie Ochotniczej Straży Pożarnej w Jarostach. W 1983 roku odznaczony złotym Krzyżem Zasługi. Zmarł w 1984 roku – zawał serca.

- Ta nieco dłuższa wzmianka o Janie – moim ojcu – jest formą hołdu złożonego Jego osobie. Jan był osobą pracowitą, sumienną, obowiązkową, opiekuńczą, a jednocześnie skrytą, małomówną. Nigdy nie usłyszałem od niego słowa skargi na swój los, stan zdrowia, nigdy nie opowiadał o swoich przeżyciach związanych z wojną. Trauma wydarzeń na Wołyniu w sierpniu 1943 roku odcisnęła niezatarte piętno na jego psychice.

Henryk (1922 – 2005) w czasie wojny wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Podobnie jak Jan, odmawia podpisanie volkslisty, za co zostaje brutalnie pobity i jego dalszy los staje się bardzo niepewny. Przeżył obóz dzięki temu, że udało mu się zatrudnić w obozowym warsztacie szewskim (przed wojną terminował w tym zawodzie). Ta lżejsza praca i związane z nią zwiększone racje żywnościowe, pozwoliły mu przetrwać do końca wojny. Po wojnie osiada w Obornikach koło Poznania. Henryk był osobą bardzo towarzyską i kontaktową. Od Niego uzyskałem większość informacji związanych z losami mojej rodziny.

Honorata (1923 – 1980) przeżyła  pogrom, gdyż tego dnia nie było jej w domu rodzinnym, przebywała prawdopodobnie w mieście. Po wojnie osiedliła się z mężem Tadeuszem Adamskim w Wałbrzychu, a później w Lublinie.

Piotr (1926 – 2014) – tej sierpniowej nocy wraz z siostrą Reginą spali na strychu i nie zostali znalezieni przez oprawców. Byli naocznymi świadkami tragedii. Po wojnie wstępuje do wojska, służbę odbywa w wojskach rakietowych i artylerii w Toruniu. Dosłużył się stopnia pułkownika. Zajmował się także działalnością akademicką, uzyskał stopień doktora i został docentem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W latach 1982 - 1989 pełnił funkcję wicewojewody toruńskiego.

Regina (1928 – 2014) – przeżyła pogrom, była jego naocznym światkiem. Po wojnie osiadła w Wałbrzychu wraz z mężem Benedyktem Wiśniewskim.

Bolesław (1930 – 29.08.1943) zamordowany przez ukraińców

Józef (1931 – 29.08.1943) zamordowany przez ukraińców.

Pamięć

- Dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć tę historię?

Odpowiada po chwili milczenia:

- Bo to historia jednej rodziny, ale takich rodzin były tysiące. A dopóki ktoś o nich pamięta, dopóty oni naprawdę nie zginęli.

Na stole wciąż leży list z 8 marca 1940 roku. Kilka kartek zapisanych ręką młodego żołnierza, który nie wrócił do domu. Ale jego słowa wróciły. Po latach. I zostały z nami. Podobnie jak imiona i nazwiska członków jego rodziny...

Jan Pec, żołnierz armii generała Józefa Hallera. 

Tadeusz Pec – żołnierz Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Autor listu do żony.


Rodzeństwo: Jan, Honorata, Piotr Pec (zdjęcie wykonane kilka lat po wojnie)

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/03/2026 19:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Konecki24.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości