W nocy z 12 na 13 marca 1943 r., na polanie w lasach między Piłą a Starą Kuźnicą, wylądowali spadochroniarze „Cichociemni”: mjr Franciszek Koprowski „Dąb”, ppor. Longin Jurkiewicz „Mysz”, ppor. Wojciech Lipiński „Lawina”, ppor. Janusz Messing „Bekas”. Spadły zasobniki z materiałami, amunicją i bronią dla miejscowych oddziałów partyzanckich. Operacja nosiła kryptonim „Brick”, co znaczy cegła albo posiłek.
Na temat lądowania i zasobników jakie z oficerami trafiły z samolotu na ziemię opowiadał Radosław Nowek, historyk amator o wiedzy przekraczającej niektóre zasoby archiwalne magazynów. Przypomina nam, że lądowanie przebiegło bezpiecznie.
Oficerowie mieli ze sobą tak zwane „złote pasy”, które musieli ukryć zgodnie z instrukcją, a następnie dane przekazać placówce Armii Krajowej. Grupa ochraniająca desant, zabezpieczyła również zasobniki. Większość z nich przewieziono do magazynów leśnych. Okazało się, że wszystkie nie zmieściły się na podstawione furmanki. Kilka trzeba było ukryć w lesie. Spadły zasobniki z materiałami, amunicją i bronią dla miejscowych oddziałów partyzanckich.
Po kilku dniach partyzanci po wyprawieniu gości z Anglii w wyznaczone im rejony, wrócili na miejsce ukrycia „złotych pasów” i zasobników. Depozyt przekazali do sztabu. I w tym momencie okazało się, że jeden z pasów-skrytka z dolarami jest naruszona. Brakuje 20-dolarowych. Podejrzenia padły na członków ruchu oporu biorących udział w przyjęciu zrzutu. Żołnierze wzięli sobie za punkt honoru odnalezienie pieniędzy.
Na marginesie dodać wypada, że podobną sytuację mogliśmy oglądać w serialu „Czas Honoru”, prawdopodobnie scenarzysta skorzystał z prawdziwej historii z okolic Końskich. Wróćmy jeszcze do zasobników, ukrytych w lesie po zrzucie. Otóż zakopano 4 pojemniki, a podjęto kilka dni później tylko 3. Znać było ślady czyjejś ingerencji w skrytce - dwóch ludzi i bruzda wyorana przez ciągnięty ciężar prowadziły do skraju lasu, gdzie kończyły się. Zasobnik został włożony zapewne na furmankę. Próby odnalezienia skradzionego pojemnika spełzły na niczym. Nie znaleziono dosłownie nic. Ważniejsze były skradzione dolary, chodziło przecież o prestiż i honor żołnierzy podziemia. Po kilkunastu dniach na czarnym rynku pojawia się 20-dolarówka. Ktoś zapłacił nim za trudne do zdobycia lekarstwa. Odzyskano banknot. Przy okazji informację o człowieku, który nim płacił. Został zatrzymany i poddany śledztwu. Wyszło, że otrzymał on kilka banknotów od chłopa z okolicznej wioski, u którego zaopatrywał się w mięso. Mając niezbędne informacje dotyczące zamieszkania „dolarowego chłopa”, ruszyli pod wskazany adres.
W chacie widać było wszędobylską biedę, na kuchni gotowały się ziemniaki, a gromadka dzieciaków ciekawie przyglądała się partyzantom. Żona gospodarza spoglądała z niepokojem na przybyłych. Chłop na początku nie przyznawał się do znajomości z człowiekiem z bazaru, ale po kilku przypominających razach, przypomniał sobie o handlu wymiennym. Organizował i sprzedawał lub wymieniał mięso na inne towary z mieszkańcami miasta. Po pytaniu o dolary, zaciął się w sobie i nie odpowiadał na żadne pytania. Dopiero przerzucony przez belkę pod sufitem sznur z pętlą, płacz dzieci i błaganie żony, złamało nieszczęśnika i wskazał miejsce ukrycia dolarów. Skrytka znajdowała się w dolnej części glinianego pieca, w wydrążonym otworze zamaskowanym kawałkiem pomalowanej na biało wysuszonej gliny. Brakowało 3 banknotów 20-dolarowych, które odzyskano od człowieka z bazaru. Chłop oberwał wyciorem po gołym tyłku i dostał ostrzeżenie. Pieniądze przekazano do sztabu.
Ale co z zasobnikiem? Prowadzone dochodzenie nie przyniosło rezultatu. Kmieć nie wiedział nawet o co go pytają. Opowiedział, że wracając z pozyskanym mięsem przez las w nocy z 13 na 14 marca, zobaczył wozy i żołnierzy kierujących się w stronę Niekłania. Odnalazł miejsce po ogniskach i domyślił się że był zrzut. Poczekał do rana i zaczął szukać śladów. Widać było próby maskowania pobytu spadochroniarzy i partyzantów. Znalazł w pewnym miejscu kilka niedopałków papierosów i trochę śladów butów. Nienaturalne wydało mu się niewielkie wzniesienie z posadzonym jakby krzakiem rokity. Odnalazł ukryte pasy, ale odpruł tylko jedną kieszeń i wziął zwitek banknotów. To wszystko jednak go przeraziło i przerosło, resztę zostawił jak było i z powrotem zamaskował skrytkę.
W roku 1991 trafiłem do szpitala na rutynowe badania, które miały potrwać kilka dni. Leżałem na sali z dwoma pacjentami. W chwilach między badaniami czytałem książki o charakterze historycznym, którymi również żywo interesował się jeden z chorych. Po trochu, nasze rozmowy przeradzały się w ciekawe dyskusje na temat lokalnej historii. Jeden temat zainteresował mnie szczególnie, a dotyczył lądowania cichociemnych wiosną 1943 roku oraz zrzutowego pojemnika. Pacjent (prosił o anonimowość) opowiedział ciekawą historię na temat tego zrzutu. Tę historię usłyszałem od dziadka w latach 60., kiedy miałem 10-12 lat, bardzo dobrze zapamiętałem szczegóły.
W nocy z 13 na 14 marca, do domu jego dziadków ktoś łomotał zawzięcie domagając się otwarcia drzwi. W pierwszej chwili dziadek pomyślał, że to żandarmi, ale ktoś mówił po polsku. Okazało się że to „leśni” szukali podwody. Przy okazji wpadli do kuchni szukając czegoś do jedzenia, po domu rozszedł się zapach dymu z ogniska. Dziadek zaprzągł konia do wozu i ruszył w stronę Czystej razem z grupą partyzantów. Był zaprzysiężony i wcześniej wiele razy pomagał podziemiu w różny sposób. Czekał na zrzut razem z placówką niekłańską, później załadowany wóz poprowadził w stronę Smarkowa. Tam kazano mu czekać, a wóz z ładunkiem zabrano w nieznanym kierunku. Dziadek opowiedział, że nie zabrano wszystkich pojemników z polany, że dwa zostały zakopane w piaszczystym młodniku.
Było już rano gdy odprowadzono konia dziadkowi, kazano czekać kilka dni na reakcję Niemców, czy jej brak w sprawie zrzutu. Dwa kolejne zasobniki miały zostać podjęte najpóźniej za trzy, cztery dni. Ponieważ było widno, dziadek ze względów bezpieczeństwa musiał przesiedzieć w lesie i czekać do zmierzchu. Było to konieczne, gdyż jeden z sąsiadów na wsi współpracował z żandarmerią i na pewno by się zainteresował gdzie to był wozem po nocy. Dziadek postanowił zaczekać niedaleko miejsca nocnego zrzutu, zaszył się w młodniku i czekał. Najgorszy był brak papierosów, te które dostał od żołnierzy wypalił po drodze. Nagle usłyszał turkot kół i rozmowę dwóch ludzi, którzy zatrzymali się jakieś 100 m od jego kryjówki. Przy drodze leżało uschnięte powalone drzewo miało paść łupem dwóch mężczyzn. Pocięli piłą drzewo na mniejsze kawałki, wrzucili na wóz i rozglądali się po okolicy za jeszcze jakimś drzewem na opał. Dziadek zorientował się, że obracają się bardzo blisko młodnika w którym ukryte zostały dwa zasobniki. Nie znał tych ludzi, przyjrzał się dokładnie koniowi z wozem, gdyż był on bardzo charakterystyczny. Dyszel zrobiony był jakby ze starego szlabanu kolejowego w biało-czerwone pasy. Po pewnym czasie nie słyszał łamania gałęzi, tylko podniesione i zaraz przyciszone głosy tych ludzi.
Trafili na skrytkę Musieli trafić na skrytkę. Załadowali pojemnik na wóz i przykryli gałęziami, po czym odjechali w stronę skąd przybyli. Dziadek odczekał trochę i jak mógł najciszej zaczął skradać się za mężczyznami. Doszedł za nimi do rozwidlenia dróg leśnych, a oni udali się w stronę Nieświnia. Dziadek pomyślał, że tak „oznakowany” wóz będzie łatwo odnaleźć i zawrócił do pozostawionego w młodniku konia. W ciągu kilku dni spodziewał się wizyty leśnych w sprawie pobrania zasobników, ale nikt się nie pojawił. Dopiero po dwóch tygodniach został zabrany na przesłuchanie, które odbyło się na plebanii w Niekłaniu. Pomimo dokładnie przekazanych informacji w sprawie, oficer jakby zlekceważył te doniesienia i wręcz sugerował, czy aby dziadek nie pobrał sobie jednego z zasobników.
Partyzanci jednak nie odpuszczali i szukali zguby - bezskutecznie. Wojna dobiegła końca, byli już inni „leśni”, sprawa zaginionego zasobnika tkwiła jak zadra na honorze dziadka. Rozpoczął pracę w leśnictwie. Konia zabrali Niemcy, kolejnego pozyskał z bitwy pod Eugeniowem w styczniu 1945 r. Kilka koni błąkało się po lesie, wziął jednego i ukrywał do zakończenia wojny.
Aż w 1951 r. został wysłany do Ruszkowic po jabłka dla pracowników leśnictwa. Trafił do przechowalni owoców. Osłupiał. Na podwórku, między skrzynkami stało kilka furmanek, w tym jeden z dyszlem biało-czerwonym. Wóz rozpoznał od razu. Okazało się, że należy do jednego z mieszkańców Bryzgowa. Dziadek czekał specjalnie, aby zobaczyć właściciela. Miał nadzieję że rozpozna w nim jednego z dwóch mężczyzn którzy zabrali pojemnik. Okazało się, że to nie może być żaden z nich. Zagadnął go grzecznie o dyszel i zaczęli rozmawiać. Wreszcie powiedział, że już raz widział ten wóz w czasie wojny, tylko w okolicach Rogowa. Właściciel odpowiedział, że całkiem możliwe, gdyż zdarzyło mu się pożyczyć szwagrowi, który mieszkał w Nieświniu. Zdobył adres szwagra. Pojechał. To był on, wielki nieprzyjemny typ, cuchnący wódką. Na podwórzu bałagan, zaniedbany rozsypujący się płot, wszędobylskie śmiecie, zdradzały charakter tego człowieka.
Przez wiele kolejnych lat dziadek myślał w jaki sposób dowiedzieć się czegokolwiek w sprawie zasobnika. Czy otworzyli go z drugim mężczyzną niedługo po wydobyciu? Czy może później, po zakończonej akcji poszukiwawczej partyzantów? W 1958 lub 1959 r. człowiek ten zmarł, a dziadek dalej nie wiedział nic w sprawie. Przed jego śmiercią dziadek powiedział wprost, że widział go i jeszcze drugiego człowieka jak wykradają zasobnik. Pokłócili się bardzo i więcej się nie zobaczyli. Po jakimś czasie spróbował podejść żonę zmarłego. Na początku kobieta udawała, że nic nie wie na ten temat, ale na sugestie dziadka, że w zasobniku mogą być pieniądze lub złoto odpowiedziała, że pojemnik mąż zakopał gdzieś w obejściu.
Ten drugi człowiek został zabity podczas akcji pacyfikacyjnej przeprowadzanej przez Kałmuków. Wiedział już że zasobnik był, a może jeszcze jest na terenie posesji zmarłego. W połowie lat 60. kobieta sprzedała dom i wyjechała w okolice Wrocławia. Dziadek udał się do nowego właściciela i opowiedział mu całą historię. Zaprzyjaźnili się nawet i razem szukali miejsca zakopania pojemnika. Pomimo wielu prób nie udało się ustalić miejsca ukrycia. Dziadek zmarł w 1974 r., nie udało mu się rozwiązać zagadki. Ale po nieco więcej niż 60 latach poszukiwań...
To był wyraźny znak, że jesteśmy blisko zasobnika, a przynajmniej wiedziałem już że historia jest prawdziwa i pojemnik przynajmniej tu kiedyś był. Pojawił się wyraźny sygnał, który określał, że przedmiot w ziemi jest sporych rozmiarów. Kopiemy na zmianę z kolegą. Łopata uderza o metal. Krawędzie są lekko zaokrąglone, ale nie jest to żadne cygaro, bardziej przypomina lekko zniekształconą beczkę 200 L. Odkopujemy obiekt. Ma około 1,30 m długości, a średnica około 0,4 m.
Co było w środku? Nic po prostu ziemia. Myślę, że nie był to zasobnik zrzucony w pamiętną noc 1943 r. Po prostu był to jakiś pojemnik niewiadomego przeznaczenia, który został zakopany w tym miejscu. Czy kiedyś uda się wyciągnąć pozostałości zasobnika, czy ta tajemnica zostanie odkryta?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze