Obóz jeniecki znajdował się na „Budowie”, w północnej części Końskich. Zajmował około 8 ha, gdzie zbudowano 100 baraków. Przez obóz przewinęło się 23 tysiące jeńców głównie sowieckich. Niemniej byli też żołnierze z Norwegii, których pogrzebano we wspólnej mogile z Polakami, Żydami, Ukraińcami w lesie Baryczy.

Właśnie o Norwegach, którzy odmówili złożenia przysięgi na hitlerowska swastykę, postaramy się wspomnieć na tyle, ile pozwalają pisane i mówione historie. Nie tylko Konecczan, którzy zaangażowani byli w pomoc jaka próbowano słać do Norwegów znajdujących się w tym piekielnym miejscu na koneckiej ziemi, obozie jenieckim Stalagu XII C. Obóz funkcjonował w latach 1941-1943 jako podobóz Stalagu XII C/367, przetrzymując głównie jeńców sowieckich i norweskich. W wyniku nieludzkich warunków zginęło tam blisko 23 tys. jeńców.

- Wśród ofiar tego obozu byli obywatele Rosji, Ukrainy, Białorusi, Gruzji, czy Norwegii, a także osoby cywilne i Żydzi. Większość z nich jest pochowana we wspólnej mogile na Baryczy, gdzie spoczywa 14.285 osób. Powierzchnia obozu w Końskich wynosiła około 8 hektarów, na których mieściło się około 100 drewnianych, prowizorycznych baraków. W szczytowym okresie bestialstwa hitlerowskiego okupanta, od jesieni 1941 roku z terenu obozu dziennie wywożono 10 do 15 furmanek zwłok - podkreślał Wojciech Pasek, jeden z inicjatorów postawienia w tym miejscu pamiątkowego znaku, tablicy na betonowym postumencie.

Według meldunku generała-majora Mosera, d-cy OFK 372, za okres 16 listopada do 15 grudnia 1941 r. na obszarze podległym tejże OFK istniał Stalag XII C Kamienna dzielący się na cztery podobozy Kielce, Końskie, Bliżyn i Święty Krzyż. Jak wiadomo z historii stwierdzono, że na terenie dystryktu radomskiego obozy jeńców radzieckich w latach 1941-45 istniały w Kielcach, Końskich, Bliżynie, Świętym Krzyżu, Częstochowie, Piotrkowie, Sandomierzu - podaje sędzia Andrzej Jankowski, w przygotowanej publikacji „Hitlerowskie obozy śmierci dla jeńców radzieckich w regionie kielecko-radomskim”, Kielce 1977 (maszynopis).
Tu pozwolę sobie dodać własne spostrzeżenia z młodości, gdy byłem uczniem LP w Bliżynie. Mieszkaliśmy w internacie, w budynku za kinem Millenium. Ów obiekt był w czasie II wojny częścią wspomnianego stalagu. Niski, parterowy, z „ruchomą” podłogą. Deski się uginały, rozchodziły na boki, gdy ktokolwiek szedł po nich. A nocą spod desek wyłaziły szczury. Olbrzymie ilości. Polowanie na szczury należało do elementów wieczorno - nocnej rozrywki internackiej braci. Dodam, że nikt z nas nie mieszkał w tym budynku z musu, ale z własnej woli i zasobności portfela rodziców. Całe szczęście, że był dach nad głową, w miarę ciepłe pomieszczenie. Taka była nasza dola w latach 60. XX wieku. Czasami rozmyślaliśmy o uwięzionych kilka metrów dalej jeńcach. Nikt jednak nam nie wyjaśniał jakiej narodowości, oprócz rosyjskiej, byli tu więzieni i unicestwiani. Wiedzieliśmy, że w nieodległej fabryce farb pracowali, a szczególnie przy robieniu tzw. minii - tlenku żelaza o militarnym przeznaczeniu. A trupy wywożono do lasu.
Plac przeznaczony przed 1939 r. na budowę obiektu przemysłowego, ogrodzony był wysokim betonowym płotem. Hitlerowcy w narożnikach ustawili drewniane wieże wartownicze. Wewnątrz płotu betonowego umieścili płot z drutu kolczastego. W obozie oddzielili drutem kolczastym istniejące budynki, które przeznaczyli na mieszkania dla wartowników.
Wśród więźniów była także grupa około 50 Norwegów przywiezionych przez Niemców po zajęciu Norwegii. Partyzanci przekazali swemu kierownictwu informację, że w obozie jenieckim w Końskich pojawiła się grupa Norwegów. Wiadomość potwierdziła służba wywiadowcza koneckiego garnizonu Gwardii Ludowej, z którą Armia Krajowa utrzymywała koleżeńskie więzi. Około dwudziestu Norwegów nosiło mundury, pozostali byli ubrani po cywilnemu lub też do wojskowych spodni i butów nosili cywilne marynarki. W ciągu miesiąca starszy wachmistrz Marian Łyżwa („Żbik”) ze zgrupowania partyzanckiego AK por. „Robota" zdołał przy pomocy siatki informacyjnej ustalić stosowany przez Niemców wobec Norwegów reżim obozowy.
Do obozu przybyli wysocy oficerowie niemieccy. Nocowali w barku wartowników. Następnego dnia około godz. 6.30 udali się do Norwegów. Jeńców powiązali sznurem po dwóch. Poprowadzili na Barycz, za druty obozowe w miejsce, gdzie grzebali zmarłych jeńców radzieckich. Były tam już przygotowane trzy doły. Teren obstawiony przez wartowników z obozu i kilku żandarmów z miejscowego posterunku. Norwegów podprowadzano nad brzeg dołów i strzelali z pistoletów maszynowych. Padających nie dobijali, prawdopodobnie niektórzy byli jeszcze żywi. Po Norwegach przyszła kolej na grupę jeńców radzieckich, którzy kopali groby. Rozstrzelano ich z broni maszynowej i ręcznej. Spoczęli we wspólnej z Norwegami mogile.
Służbom wywiadowczym AK i GL nie udało się ustalić ani personaliów, ani żadnych innych danych odnośnie jak zawodu, wykształcenia jeńców czy miejsca ich zamieszkania w Norwegii. Nie ustalono również przyczyny, dla której hitlerowcy przewieźli Norwegów do obozu dla żołnierzy radzieckich i tak szybko zgładzili - dywagował Jacek E. Wilczur ps. „Kazik”, „Lwowiak”.
Mimo ogromnych rygorów panujących w obozie, częste były próby ucieczek z różnymi skutkami. Organizatorami ich byli Polacy, mieszkańcy najbliższych osad: Drutarni, Młynka, Czystej, Teklinowa, Paruch, Starej Kuźnicy. Większość uciekinierów pozostawała w lasach, zasilając oddziały partyzanckie. To oni uczestniczyli między innymi w bojach na ziemi koneckiej i okolicznych terenach - podkreślał Bogdan Faworski na łamach Tygodnika Koneckiego w 2003 r. - Za pomoc w ucieczce groziła kara śmierci i takie przypadki zdarzały się w Końskich.
Z obecnej perspektywy trudno uwierzyć, że w tamtym czasie jedną z form zabijania był głód. Osadzeni w obozie w Końskich zjadali liście i korę z drzew, trawę i chwasty rosnące na terenie, obierzyny z ziemniaków. Były wypadki, że pod wpływem długotrwałych męczarni głodowych niektórzy jeńcy ratowali się przed śmiercią wycinając mięso z trupów zmarłych kolegów. Wypadki takie stwierdzono w obozie na Św. Krzyżu, w Kielcach i w Końskich.
Powszechnie kierowano do przymusowej obsługi obozów polskich furmanów, w szczególności do przywozu wszelkiego rodzaju produktów żywnościowych oraz wywozu trupów. - Raz przywiozłem wóz marchwi z folwarku na Browarach i trzy lub cztery razy brukiew z folwarku na Baryczy. Woziłem również nieczystości z obozowych latryn. Najczęściej jednak woziłem trupy. Wykonywałem tę czynność może ze 20 razy - wspominał jeden z furmanów.
Obozy w Sandomierzu i w Końskich zostały zlikwidowane w 1943 roku latem lub wiosną, Przez obóz w Końskich przeszło około 25.000-26.000 jeńców, z czego zginęło 22.000-23.000 jeńców. W lesie Baryczy znajduje się cmentarz, w powszechnym uznaniu „żołnierzy radzieckich”. Prawdę powiedziawszy, między nimi w ziemi leżą Żydzi, Polacy, Norwegowie, Ukraińcy i chyba wiele, wiele nacji, których trudno byłoby rozpoznać.
Po zaprzestaniu działalności obozu jenieckiego stacjonowali tu Ostlegioniści, znajdował się tu Sonder Lazarett i Leg. Friedhof.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze